wtorek, 17 lutego 2015

Jestem. 
Jestem w siermiężnej Polsce, jakże różnej od wysmakowanej, wdzięcznej i urokliwej zagranicy.
Już nie przemieszczam się w zachwycie po mieście, w którym ładne są nawet kosze na śmieci. Już nie myślę, że przecież tak wyglądała Warszawa. Na tych cudem ocalonych zdjęciach z 1938 roku.
Niewykluczone, że po niestety najdłuższym życiu, jako duch, będę sobie przesiadywała na tych platanach i dla zabawy zawijała spadającym liściom tory lotu w ładne trąbki. Albo gładziła szyszki cedrom, żeby były okrąglejsze. 
Jestem i jest tu zimno, i wiatr, wciskający się do domu przez szpary w oknach, i walentynkowe prezenty, i moi cudni synkowie, których znowu nie mam z kim porównać. Co zresztą wychodzi im tylko na dobre.
Jestem. Mam myśleć o świniach ( z jednej trzeba zrobić kiełbasę), o gnoju (którego nie ma kto wyrzucać, wujty w rozjazdach do Wielkanocy), o badaniu OCT nie moich oczu, o dziurawych skarpetkach (cerować czy spalić?), o tym, co na obiad.
Opcjonalnie mogę szyć sukienkę, ale jest za zimno, żeby mieć chęć na przymiarki.
Idę więc dorzucić do pieca, herbatę nową zaparzyć. 
Coś trzeba robić.
Bo tak.

1 komentarz:

  1. Jak małe dziury to cerować, jak duże to spalić ;)
    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń