wtorek, 5 grudnia 2017

Właściwie, to mogę skopiować poprzednią notkę, w miejsce "listopad" wstawiając "grudzień", i już. Z tą różnicą, że patrzę na pobielone śniegiem dachy. Na ziemi śniegu nie ma, tylko błotko. Babcia w mieście - ale nie, że przez cały czas, tylko znowu.
Nakarmiłam koty, psy, kury i gęsi. Wuj zajął się krowami. Mam chwilę wolnego, zanim zacznę robić obiad. Powinnam zaparzyć sobie kawę.
Czas śmiga, jak mgnienie oka -  miesiąc minął.
Przytulam moich coraz większych synów. Mawiam do nich pieszczotliwie "kociątka", ale jakie z nich kociątka? Przeogromne takie? Więc mówię: "kociołku".
- Co chcesz, matołku? - odgryza się Maniek.
Gdybym była Mańkową panią od polskiego, załamałabym ręce albo od razu zadzwoniłabym do mnie, matki, której syn nie przejawia szacunku właściwego, należnego itp. Ale ja jako ja wiem, że matołek to takie nietypowe zdrobnienie od "matki". Jak "kociołek" właśnie.
No, i tak.
Chyba nie jestem za dobrą matką.
Nawet sery traktuję po macoszemu: nastawiam, potem zapominam, zamiast pół godziny stoją cały dzień, ale co tam, zawsze jakieś wychodzą i bynajmniej się nie marnują.
Więc moje "kociołki" może też na zmarnowanie nie pójdą...

piątek, 10 listopada 2017

Wyprawiłam Babcię do okulisty do dużego miasta. Zapakowałam do busa, pojechała. Powiedziała, że spotka się ze swoją koleżanką z podstawówki i prawdopodobnie zostanie u niej na noc. No, i bardzo dobrze. Niech sobie dziewczyny posiedzą, pogadają. Dobrze.
Tymczasem zostałam panią na włościach.
To dziwne uczucie: jest tyle rzeczy do zrobienia, że aż nie wiem, od czego zacząć.
Siedzę więc i patrzę na zamglony jesienny świat.
Zanim rzucę się w ten wir domowej krzątaniny, zapamiętam mgłę na polach, krople dżdżu na żółtych listkach małej brzózki, zieloniutką, mokrą trawę. 
Jest listopad, przemawiam do siebie. Listopad.

poniedziałek, 6 listopada 2017

Wuj Adam, zachęcony i zmotywowany, zupełnie znienacka zrobił schody. To znaczy takie, które już były, krzywe i brzydkie, wyprostował i obłożył płytkami. Rzecz niebagatelna, schody są wewnętrzne - na piętro, a ich czyszczenie doprowadzało mnie wielokroć do rozpaczy (dopóki sprytnie nie scedowałam tego obowiązku na Mańka). Więc mamy schody.
Tymczasem Bebunio obchodzi jedenaste urodziny. Babcia życzy mu wszystkiego najlepszego: zdrowia, i szczęścia, i dobrych stopni...
- Dobre stopnie już mamy - odpowiada Bebunio. - Wuj zrobił!

piątek, 27 października 2017

Zatrzymała mnie wczoraj policja. Drogówka. Gdyż w terenie zabudowanym grzałam 90km/h. Teren jest rzadko zabudowany, a het, het, daleko za tablicą D-43 oznaczającą koniec terenu zabudowanego, znajduje się mój dom.
Spieszyłam się, oczywiście. Od rana byłam w pracy dorywczej. Praca dorywcza polega głównie na prasowaniu domowego prania, sprzątaniu i  - nie zawsze - sprawowaniu doraźnej opieki nad dziewczynką lat dziesięć. Wczoraj akurat odebrałam ją ze szkoły i nawet zdążyłam usmażyć naleśniki, nie zdążyłam wyprasować pościeli. Uwielbiam prasować, dlatego tam chodzę, w domu nie zawsze mnie stać na taki luksus, a tam w dodatku za to mi płacą, niby tylko 10 zł za godzinę, ale kiedy to samo robię w domu, nikt mi nie płaci. Wczoraj zarobiłam 50 zł. Już, już miałam wychodzić, kiedy zadzwoniła pani od innej pracy, od tej sympatycznie-prestiżowo innej, mianowicie koordynuję comiesięczne spotkania w ramach cyklu "kino kobiet". Takie spotkania to nie tylko sam seans filmowy, ale imprezy towarzyszące: konkursy z nagrodami, drobny poczęstunek. Pani dzwoniąca jest moją zwierzchniczką, poprzedniego dnia nie mogłam się do niej dodzwonić, a parę rzeczy musimy ustalić. Wkładam buty, kurtkę, wsiadam do samochodu, cały czas rozmawiając, ale i tak jestem spóźniona, chłopcy już na pewno stoją pod szkołą, a jeszcze muszę o 15:00 być na lekcji gitarrry z Bebuniem i jego gitarrrą - kiedy Bebunio gra, ja w pokoju obok, w miasteczkowym domu kultury, muszę umówić z panią Anią udostępnienie sali na warsztaty scrapbookingowe. Więc muszę być o 15:00. W miasteczku. Z którego właśnie wyjeżdżam spóźniona. Na wylotówce stoi dziwna dziewczyna z mojej wsi, wyciąga ku nadjeżdżającym samochodom rękę z podniesionym kciukiem. Chce, żeby ją podwieźć. Jeju, zatrzymywać się tutaj, żeby wsiadła, potem tam, żeby wysiadła, przekładać moje wrzucone naprędce bagaże, tyle z tym zachodu. Nie mam czasu, mijam ją prędko. Potem, kiedy na krajówce wpadam między dwie ciężarówki wlokące się 70 km/h, a z pomiędzy których nijak nie mogę się wydostać, bo z naprzeciwka ciągle coś, frustruję się niesamowicie i myślę, że to dlatego, że jej nie wzięłam, tej dziwnej dziewczyny, która nie ma 3 zł na bilet na busa. Więc kiedy skręcam w moją boczną drogę, dodaję gazu, choć i tak wiem, że już nie zdążę wskoczyć nawet na chwilę do domu, muszę jechać pod szkołę, zabrać czekających już na mnie chłopców, Mańka wyrzucić na przystanku - niech sobie idzie pieszo te półtora kilometra - a z Bebuniem prędko na tą lekcję.
A tu za zakrętem ten policjant, nawet machnął ręką na moje nie zapięte pasy, nie sprawdzał alkomatem, tylko marudził, że prędkość. Że tak nie można. Że bezpieczeństwo, takie tam.
- Proszę, niech pan wypisuje  mandat, tylko prędko - mówię.
Siedzę w tym radiowozie. Burczy mi w brzuchu.
- Przepraszam, nie zdążyłam zjeść śniadania - jest godzina 14:45, chłopcy na pewno niecierpliwią się pod szkołą i spóźnimy się na lekcję.
Mówi coś o punktach karnych i że 200 złotych pieniędzy.
200 złotych. Miesiąc mojego prasowania. To ja po to tak jeżdżę, spieszę się, sprawdzam co chwila godzinę, biegam, nie mam czasu na śniadanie - żeby zapłacić mandat?!?
To po to to wszystko?
Podaje mi świstki i moje dokumenty, wrzucam wszystko luzem do torebki, odjeżdżam z piskiem opon, nie mogą mi wystawić drugiego mandatu za to samo, cały miesiąc pracowałam na darmo? Jak to jest?
Tak, udało się wszystko: spóźniliśmy się na gitarę tylko troszeczkę, salę załatwiłam, mogę zameldować szefowej, ale jak zwykle ma zajęty telefon, wracamy do domu, babcia mówi, że ugotowała kapuśniak, właściwie to się cieszę, jem szybko,wchodzę do pokoju - straszny tu bałagan - ale zamiast sprzątać muszę się na chwilę położyć.
Nie mam już siły.
Nie, no, mam.
- Jak będziecie na basenie to zrobisz zakupy?
Jasne, zrobię. Chłopcy mają lekcję pływania, a ja śmigam po marketach.
-Mamo, chodź, pomóż mi w polskim.
Pozmywać, ogarnąć, dopilnować lekcji. Zbieramy się na basen. Kiedy w Lidlu chcę sprawdzić, która godzina, orientuję się, że nie wzięłam telefonu. To prawie niemożliwe.
Miesiąc prasowania na darmo. Wszyscy mi mówią, że jeżdżę za szybko. Wiecznie się spieszę i wiecznie nie mam czasu. Co by musiało się stać, żebym zaczęła mieć czas? Co warte to moje prasowanie, dwadzieścia godzin przy desce? Ile kosztuje takie coś, żeby mieć czas?
Kiedy wracamy, kiedy podjeżdżam już pod dom, wujo wybiega ku mnie z telefonem.
- Dzwoni i dzwoni, podobno coś pilnego.
No, pilnego. Muszę natychmiast przejrzeć teksty przed oddaniem do druku, wydawnictwo gminnego ośrodka kultury, moja redakcja, praca społeczna. 
Owszem: czytam, znajduję cztery literówki.
Jak to się stało, że wpadłam na te wyższe obroty? Po co mi to? Jak stąd wyjść?  A może to ja mam rację, może tak trzeba? Wszyscy przecież tak mają: spieszą się, są zmęczeni. Może to jest norma, standard? Pracować na mandaty?
Prędko kładę się spać i śpię bardzo długo. Rano musimy się spieszyć.

czwartek, 19 października 2017

wstrząsy wtórne

Życie jest, trwa. Widać to po tym, że wszystko się zmienia, zmienia się mnóstwo, zmienia się miliardy miliardów w inne miliardy miliardów.
Na przykład Bebunio nauczył się wprawiać koniuszek języka w wibracje, czego efektem jest piękne, trochę chropawe "r". I teraz tak, jak przedtem unikał, tak wymawia z lubością wszelkie "śrrrody", "czwarrrtki", "chrrryzantemy", "barrrszcze", "gitarrry" itp. Jestem szczęśliwa.
Ciekawe, co na to pani logopeda - ucieszy się czy zmarrrtwi?
Po drugie doznaję przedziwnego uczucia odbierania efektu fali. Spływają na mnie konsekwencje czegoś, co zrobiłam już dawno, kilka lat temu. I zapomniałam. A to jest, nic nie ginie, tylko się zmienia, zmienia.
Wyciągnęłam onegdaj pomocną dłoń do osoby będącej w czarnej dupie. Osoba pięknie wywindowała się teraz w górę, nareszcie, cieszę się z tego, niech chudzinka ma. Osoba natomiast co robi? Chwyta mnie za rękę i ciągnie ze sobą. I jest to bardzo przyjemne na dodatek. Dziwne, nowe, ale i przyjemne.
Byłam też w pewnym domu. Byłam tam gościem, więc nie odwdzięczam się czarną niewdzięcznością za gościnę obgadując gospodarza, tylko dzielę się wrażeniem.
Dom był murowany, niestary, wewnątrz czysty, wysprzątany. Wewnątrz wnętrze urządzone zapewne w latach osiemdziesiątych. W stanie z epoki. Nylonowe zasłonki, dywaniki na podłodze, narzuta na łóżku. I to nie to, że mnie się nie podoba i marudzę. To to, że w tym wnętrzu przez cały czas nieprzerwanie żyją ludzie i ci ludzie nie widzą potrzeby zmieniania czegokolwiek. 
To wnętrze uderzyło mnie swoją martwotą. 
Czułam się nieco jak przeniesiona w czasie, zwłaszcza, że gospodarze wiekowi, mówią tak, jak się kiedyś mówiło, i żyją tym, czym się kiedyś żyło. To nawet piękne.
Gdyby nie było takie - bez duszy właśnie.
Tam nie było ładnie. Było czysto, schludnie. Ubogo.
Tam nie było nic, co mogłoby świadczyć o tym, że ktokolwiek chciałby, żeby tam było ładnie.
No, dobrze. Może jednak się czepiam.
Pójdę do kuchni, mam tam fajną miejscówkę przy zlewie ;)

środa, 18 października 2017

...to jest właśnie ten moment, kiedy sprawdzam stan konta i widzę, że kiedy w końcu zapłacę za basen, nie zostanie mi prawie nic. Nie lubię takich momentów bardzo.
Panowie trenerowie, którzy wspólnie prowadzą szkółkę pływacką, nie mogą się zdecydować, czy dać mi zniżkę na drugiego syna, czy nie.  Czyli najprawdopodobniej woleliby mi tej zniżki nie dawać, ale nie wiedzą, jak mi o tym powiedzieć.
W każdym razie, dopóki nie dostałam jasnego komunikatu, nie zrobiłam przelewu.
Ale gdzie są moje pieniądze? Pohulałam w tym miesiącu, pohulałam... Sprawdzam historię operacji na koncie: tankowanie samochodu do pełna przed wyjazdem do sanatorium, tankowanie w miasteczku sanatoryjnym, żeby wrócić do domu, zimowe buty dla Mańka, struny do gitary Bebunia, paliwo, Lidl, Biedronka, telefon, śmieci, zaległy podatek.
Stanowczo za dużo tankuję.
I co ja tak kupuję w tym Lidlu? Nie widzę w domu jakiegoś nadmiaru zakupów.
Sukienkę u Małgosi, nową, ze sklepową metką i ceną 199 PLN kupiłam za 30 PLN za pieniądze zarobione na czarno.
Jeju! Przypomniało mi się właśnie, że nie dostałam jeszcze wypłaty za zbieranie malin. Wiem: kupię sobie za nią buty zimowe, takie ładne, nowe. Te, co mam, są jeszcze całkiem dobre, ale noszę je już pięć zim i trochę mi się znudziły. No, zdarły też, co tu kryć. 
A teraz idę szyć. Przeprosiłam się z maszyną i dziś terkoczę od rana.
I patrzę za okno.
Ładny mam widok za oknem...

czwartek, 12 października 2017

Na chwilę zaświeciło dziś słońce i cały świat zalśnił setkami jesiennych barw. Jechaliśmy akurat przez las - gdzie klony, dęby i osiki, lipy przy drodze, i krzewy rozmaite, trawa, bażanty...I przez wioski, nad rzeczką i poza rzeczką, i ponad stawem błyskającym. Niebo nieśmiało niebieskie, ale krzepkie.
- Piękne byłyby zdjęcia teraz - mój towarzysz jest fotografikiem, wracamy razem ze szkolenia wieńczącego starania o założenie własnej firmy na podstawie unijnych dotacji.
Opowiada o tym, że na weselach fotografuje emocje.
Mówię mu o tych zdjęciach, które mam w głowie: Bebunia, jak pierwszy raz nad morzem, na plaży w Piaskach, wbiega do wody (zimno jest jak cholera, ale jest słońce i wiatr, bardzo ładne zdjęcie), i jak próbuje tej morskiej wody, którą nabrał w złożone dłonie, i informuje mnie o wyniku: "Mamo, naprawdę słona!!!". Mańka, który mnie, skonaną ze zmęczenia za kierownicą, głaszcze po ramieniu: "dobra mama, dobra... Dasz radę, zawsze dajesz", i paru innych.
Kiedy byłam małą dziewczynką byłam bardzo dorosła i poważna. Uważałam wówczas, że emocje są niepoważne, zbyt ulotne, nietrwałe, nieistotne więc. 
Kiedy miałam dziesięć lat byłam okropną nudziarą.
Jedziemy dalej. Teraz robimy sobie zdjęcie z psem: pies biegł naprzeciwko nas, kudłaty, z roześmianą mordką i łańcuchem zwisającym z obroży.
Wyglądał jak pies zerwany z łańcucha, cieszący się wolnością.
Boski!
- Po krajowej dwójce nie biegają takie psy - cieszy się fotografik. Pojutrze wraca do tego swojego oswojonego dużego miasta, do korków, parkomatów i sygnalizacji świetlnej.
Zanim dotarłam do domu słońce przykryły chmury, zniknął czar, barwy przygasły.