czwartek, 20 lipca 2017

Lody arbuzowe robi się tak: kupuje się ósemkę arbuza. W domu, celem szybkiego schłodzenia, wkłada się ją do zamrażarki. Zapomina się o tym.
Następnego dnia rąbie się rzeczony zamarznięty na kość owoc na kawałki, kawałki umieszcza w miskach, prószy solą, skrobie łyżką. Pychotka. A ile spokoju, póki bachory zajęte skrobaniem...
Bebunio nie przedostał się przez sito eliminacji do szkoły muzycznej. Odetchnęłam z ulgą. Zapiszę go do ogniska muzycznego albo wykupię lekcje grania raz w tygodniu, i chyba na razie wystarczy. Jest za stary albo za młody na rozpoczynanie czteroletniej nauki - za trzy lata skończy podstawówkę i zamierzam go wysłać do średniej szkoły z internatem. Mańka też. Dlaczego? Bo z naszego miłego zadupia jest do miasteczka tylko jeden autobus, i tylko  jednym można wrócić. To znaczy tak było ostatnio, co nie znaczy, że tak będzie i będzie. A do miasteczka mamy 14 km, trochę za daleko na rower.
Jeju, piszę głupoty. To lato jest jakieś dziwne, nie umiem się nim cieszyć. Ciężka pogoda, ciężko mi. Czekam na jesień.

czwartek, 8 czerwca 2017

Umarnę z tego bezrobocia.
Grafik dzienny mam napięty i zorganizowany co do godziny. Na dwa tygodnie do przodu.
Dziś na ten przykład wstałam przed czwartą, żeby nazbierać dla Was truskaweczek. Być może to własnie zbierane przeze mnie truskawki sprzedaje ta dziewczyna na skwerku w miasteczku, koło bazarku.
Jeszcze nie doszłam pod prysznic, bo musiałam załatwić pilną sprawę mailem. Zaraz jadę do miasta prasować, a potem - na szczęście Babcia zajmie się obiadem - zabieram Bebunia na zajęcia przygotowawcze w szkole muzycznej. Kiedy wrócimy będzie kolacja, posprzątam po kolacji i idę spać - wszak wstaję za kwadrans czwarta.
Jest bosko na truskawkowym polu o tej porze. Mgły, zapachy, świergoty...

Za parę dni zmieszczę się we wszystkie sukienki, z których to niby miałam wyrosnąć.

No, tak. Ja znowu o sukienkach, a tu ludzie umierają. Na przykład Andrzej Zakrzewski.
Ech...

środa, 24 maja 2017

Kiedy w końcu przestało być zimno nagle zrobiło się mnóstwo pracy w ogrodach i na plantacjach, wszędzie naraz.
I Pierwsza Komunia bratanka, bardzo przyjemna. Naprawdę, ani słowa o prezentach :)
I znowu coś się dzieje, czuję, jak porusza się Ziemia, jak się obraca, jak zmienia tor. Nie obawiajcie się jednak, to tylko moja Ziemia. Nie będzie z tego powodu kataklizmów.
Skończyłam pewien wątek w moim życiu - bywają takie niewygodne układy, z których trudno się wyplątać, ale tkwi się, bo trudno wyjść, a może jednak niech tak zostanie; a dobra, niech będzie. Mówię tu o pracy zawodowej, nie o szczęściu osobistym ;) I proszę: kiedy wreszcie zdobyłam się na bycie stanowczą, posypały się do mnie konkurencyjne oferty pracy. Jakby ktoś worek rozwiązał. Przeróżne: od zbierania truskawek - a truskawek w tym roku, jak wszyscy wiemy, mało - po korektę lokalnego tygodnika.
Ponadto w zeszłym tygodniu kupiłam sobie na Dzień Matki płytę Wodeckiego z Mitchem&Mitchem, i Wodecki, chudzinka, zaraz potem umarł. No, ale mam tą płytę, dziś przywiózł mi ją listonosz, i przez całą drogę z Babcią do miasteczka usiłowałam ją uruchomić w samochodowym odtwarzaczu, a ona nic, tylko "error" i "error", o mało w rów nie wjechałam, bo uparcie wkładałam i wyjmowałam tą płytę, bo może krzywo, a może za lekko, a może trzeba docisnąć w tym albo w tym momencie - 
Po południu, kiedy zaczęło lać i pojechałam po Mańka pod szkołę okazało się, że w pudełku były dwie płyty, jedna do oglądania, druga do słuchania, i ja z uporem maniaka wkładałam do odtwarzacza DVD.
Jeju, jak pięknie mi Mitche grają w samochodzie, a Wodecki śpiewa. Popłakałam się ze wzruszenia.
I jeszcze coś.
Wpadły mi w rekę opowiadania Antoniego Libery, jedno o pianistach ze szkoły muzycznej.
Syn mój Bebunio zobaczył w miasteczku plakaty o naborze do szkoły muzycznej.
- Chciałbym się uczyć grać, mamo.
Szkoła muzyczna mieści się w prawdziwym pałacu, wchodzi się po drewnianych schodach, mija się szereg sal, z każdej sali dobiegają inne dźwięki: tu pianino, tu flet, tu trąbka. Sekretariat jest na samym końcu, przez okna w wykuszu podziwiamy trochę zapuszczone żywopłoty na dziedzińcu. Bardzo mi się tu podoba. Bebuniowi też. Zostawiłam kwestionariusz, będą godzinne warsztaty, a jakiś czas później przesłuchania. Zobaczymy.

czwartek, 11 maja 2017

Wracam z miasteczka. Jest około południa, pada drobny deszcz. Cieszę się myślą o kubasie herbaty.
Kiedy skręcam w moją wioskę widzę idącą dziewczynę w kurtce z kapturem. Pewnie to któraś z młodych Książniczek - do domu Książków jest ze dwa kilometry, podrzucę ją, co będzie mokła. I tak jadę tą drogą pięć kilometrów.
Ale kiedy dziewczyna wsiadła, okazała się z całą pewnością nie być Książniczką. 
Była Azjatką. Raczej młodą, nieco zziębniętą, dobrze ubraną.
- Dokąd podwieźć? - spytałam.
- Straight - machnęła ręką. I że thank you, because is so cold... - wzdrygneła się.
- Yeah - mruknęłam. - And it's still raining and raining...
- Mówisz po angielsku? - rozjaśniła się.
No, trochę mówię. Więc opowiesz mi, co tu robisz?
Myślałam, że jakaś studentka, może jakieś praktyki, może praca w kebabie, może wymiana w liceum i zapomniała numeru telefonu do swojej "rodziny".
Opowiedziała, że tu właśnie - zresztą nieopodal domu Książków - przebywa własnie jej teść. Człowiek ten z nieznanych jej przyczyn wypędził ją z mieszkania w Warszawie i nie pozwala widywać się z póltorarocznym synkiem. Przyjechała tu, żeby z nim porozmawiać. Stała pod domem cztery godziny, ale on tylko krzyczał, że jeśli sobie nie pójdzie, wezwie policję. Zatrzymała się w motelu przy stacji benzynowej. Rozmawiała z prawnikiem, prawnik nakazał jej uzyskać adres zameldowania  - teścia czy męża - pod który będą przysyłane dokumenty. Ma wielką nadzieję, że uda jej się odzyskać syna, jest taki malutki! Poza tym naprawdę nie wie, dlaczego tak się stało, dlaczego ojciec jej męża każe jej wracać do Chin i zabrania kontaktu z dzieckiem. Sam jest przeciez ojcem, powienien wiedzieć, jak to jest - martwić się o dziecko.
Czy mogłabym powoli przejechać obok tego domu? Ona tylko spisze numer i już, pójdzie sobie, wróci do Warszawy. Nie chce tu wysiadać, bo boi się tego człowieka. Czy mogłabym odrobinkę się cofnąć?
Oczywiście odwożę ją na przystanek, zapisuję na kartce adres teścia - tak, jak powinien po polsku wyglądać. Zapewniam, że wszystko się ułoży.
Pyta, czy może mnie przytulić.
Może.
Zostaje na przystanku, mówi, że wie, że stąd do miasta, a z miasta do Warszawy, poradzi sobie.
- Take care of yourself! - macham ręką.
Dzielna, co nie?
Czuję się nieco wytrącona z równowagi. Jak wrzucona w czyjś film. 
Zaczynam się bać sąsiada Książków. Zaraz dostanę sms, że nie powinnam się wtrącać w nie swoje sprawy.
To jest w ogóle bardzo tajemnicza postać. Zięć pani Józi, pani Józia chodziła z moją babcią na zmianki i miała jedną jedyną córkę, Bogumiłę. Bogumiła wyszła za mąż. Mąż zbudował jej tu dziwaczny, ultranowoczesny dom, a potem wyjechali do Warszawy. Zmarła moja babcia, zmarła pani Józia, nie ma kogo spytać, czym się zajmuje Bogumiła. Jej mąż jest podobno pracownikiem BOR-u, przyjeżdżają tu czasami z synami na weekendy - wtedy na podjeździe dziwnego domu stoją drogie, błyszczące samochody, a synowie przywożą swoje quady i straszą nimi krowy na okolicznych drogach. 

sobota, 6 maja 2017

Kupiliśmy Mańkowi portki w zupełnie innym mieście, w saloniku sieci Reporter Young. Świadomie podaję nazwę marki, gdyż jestem zadowolona z zakupu oraz mam nadzieję popieram rodzimy kapitał. Nie jestem niestety pewna, czy spodnie zostały uszyte w Polsce, ale żywię nadzieję, że owszem. Nie znalazłam informacji, że w Tajlandii.
Swoją drogą, piękna rzecz: wejść z synem do sklepu, znaleźć pasujące na niego spodnie, a nawet więcej niż jedne, dać mu do przymiarki i do wyboru, zapłacić nie martwiąc się, jak tu przeżyć do następnych pieniędzy. Opływamy w takie oto luksusy.
Jestem z tego powodu szczęśliwa.
Tymczasem nastał pierwszy tej wiosny prawdziwie ciepły i do tego roboczy dzień (pamiętam taki miesiąc temu, ale to była niedziela), więc pralka chodzi non stop, pranie schnie błyskawicznie, wszystko świeżo pachnie.
Właśnie niosę do domu naręcze pościeli. Pod drzwiami do domu natykam się na moje cudne dwa czarne koty - skoro kręcą się tutaj to znak, że pewnie by coś przekąsiły. Koty mieszkają teraz w stodole i są na wpół udomowione. Przychodzą do domu, ale nieprzesadnie często.
Więc zanoszę pościel i przynoszę torbę z kocią karmą. Sypię.
Muszę teraz pilnować, żeby obiadu kotom nie wyżarły kury albo Niemój, pies, który się przybłąkał (a babcia do niego: chodź, nie mój piesku, dam ci jeść - i został i pies, i psia ksywa).
Koty nie lubią jeść z kurami ani z psem.
Co innego taki Niemój, jemu wszystko jedno. Łazi całymi dniami po polach z psem sąsiadów, wraca do domu kiedy chce, ubabrany w błocie jak nieboskie stworzenie, więc nie ma co wybrzydzać.
Pilnując przysiadłam na huśtawce. Niby się bujam, ale czuję, że wraz z pierwszym dniem ciepła nadszedł pierwszy dzień z komarami. I to bynajmniej nie z dwoma!

piątek, 5 maja 2017

Kiedy w porannej krzątaninie mijałam się dziś w drzwiach z moim starszym synem, zauważyłam coś dziwnego. Miał oczy na dziwnie wyższym poziomie, żeby spojrzeć mu w oczy musiałam podnieść wzrok. Natychmiast kazałam mu się zatrzymać, stanęliśmy na środku pokoju plecami do siebie. Zdrajca Bebunio oświadczył, że Maniek  jest ode mnie wyższy o jakieś dwa-trzy centymetry.
No, na to się nie umawialiśmy.
Obraziłam się.
Śmiesznie wygląda, owszem, kiedy trener pływania, wzrostu Bebunia, strofując Mańka zadziera głowę do góry. Ale dlaczego ja? Dlaczego, żeby móc spojrzeć na Mańka z góry, będę zmuszona wchodzić na krzesło? 
Prawdę mówiąc, on i tak patrzy na mnie z góry. Jest taki mądry, że matkobosko i wszyscyświęci razem wzięci. Na szczęście ma jeszcze nieco litości dla swej starej matki.
Ale jak on taki mądry, to niech sobie sam kupi eleganckie portki rozmiar 26 na 34, co nie? Obeszliśmy już wszystkie sklepy w miasteczku, a teraz przejrzałam internety. Nie jest łatwo kupić chłopcu portki. Znacznie mniej zachodu jest z sukienkami dla matki.
Poza tym wszyscy w miarę zdrowi.

Po długim weekendzie
"siedzę na dachu, tutaj nie dojdzie,
w piwnicy zostały moje kartofle.
Dwóch ludzi na tratwie uwija się żywo,
tonącym po paczce sprzedają piwo"...
Jeśli akurat nie pada, to znaczy, że zaraz zacznie. Wciąż jest mokro, i zimno, i mokro.


wtorek, 25 kwietnia 2017

Wsiowe koło gospodyń wespół z zespołem śpiewaczym, co w większości członkiń znaczy to samo, organizowały imprezę - spotkanie na wspólne śpiewanie. Zaprosiły inne zespoły śpiewacze, z okolicy dalszej i bliższej, ugotowały barszcz, nalepiły pierogów.
Jestem członkiem sympatykiem wsiowego kgw. Naprawdę je lubię: zwyczajne kobiety, które razem tworzą zupełnie inną rzeczywistość. Pomagałam gotować sadzawkę barszczu, lepiłam razem z nimi te pierogi, naklejałam litery na krzywą tablicę tytułową i tak dalej.
Już tradycyjnie mam na takich imprezach funkcję zapowiadacza, pilnuję porządku występów, przedstawiam, dziękuję. Więc wyprasowałam elegancką sukienkę z kontrafałdą, wynalazłam na strychu dawno nie noszone szpilki, kupiłam nawet lakier do włosów.
Z tym lakierem i niebieską kredką do oczu i wiosennym płaszczykiem, choć pogoda była kalejdoskopowo-mieszana, udałam się. Wszystko mi się udało: zobaczyłam w lustrze prawie obcą osobę.
Ale chyba tak ma być, o to chodzi, prawda? Panie zamawiały sobie terminy u manikiurzystki, dwie fryzjerki przyjechały do domu ludowego w dniu imprezy, bladym świtem, żeby wszystkie występujące śpiewaczki tak samo ładnie uczesać, i wszystkie tak samo czują na stopach ciasne czółenka - bo od święta wszystko ma być odświętnie, czyli inaczej.
Jednym z elementów świętowania był uroczysty przemarsz z budynku, gdzie odegrała się część oficjalna, do budynku, gdzie miała być część nieoficjalna. Akurat nie padał grad ani śnieg, za to wiał bardzo mokry wiatr, przenikający przez wiosenność płaszczyka i kaszmirowość szala; niby głupie paredziesiąt metrów, ale zmarzłam okrutnie.
Na schodach przed wejściem orszak przykorkował się trochę. Zaraz będzie ciepło, pocieszałam się.
- Zmarzła pani - obok mnie, niesiony przez tłum, znalazł się klarnecista z zespołu z sąsiedniego powiatu. - Na mnie to zimno nie robi wrażenia, na co dzień robię w chłodni, tam jest plus dwa stopnie!
Fala tłumu porwała klarnecistę, ledwo zdążyłam uprzejmie sie uśmiechnąć w odpowiedzi. Rzuciło mnie prawie w wejście, ale odsunęłam się, żeby przepuścić marszałka województwa. W końcu to marszałek, do tego gość, a ja, jakby nie było, gospodyni.
- Ależ nie, prosze bardzo, pani niech wejdzie, ogrzeje się trochę. Na pewno się pani wymarzła.
Jeju, jaki miły. Dla tych moich loczków, płaszczyka czy szpilek? Widziałam, ze zdążył omieść wzrokiem.
Więc kiedy jeszcze poseł, którego znam prywatnie, a nie lubię i prywatnie, i zawodowo, wydarł się do mnie "cześć nifka", zrobiło mi się jeszcze gorzej.
Zdjąwszy płaszczyk i ponalewawszy gorący barszczyk zaszyłam się na zmywaku, gdzie w swojej  najlepszej sukience zmywałam, zmywałam i zmywałam - dopóki szefowa nie wyciagnęła mnie na górę na tort.
Zjadłam tort, nazbierałam jeszcze parę wyrazów sympatii. Uciekłam.
W domu wyniosłam szpilki na strych. Nie nadaję się na celebrytkę.